Przygotowania, ślub i wesele!

Z racji tego, że dzieliłam się z wami moimi przygotowaniami do ślubu postanowiłam, że pokażę wam jak wyglądał nasz wielki dzień i opowiem co wtedy czułam. Jeśli jesteście zainteresowani to bardzo serdecznie zapraszam do dalszej części wpisu ;-) 



Ślub zaplanowaliśmy celowo na dość późną jak dla nas godzinę 16-stą. Chciałam mieć dużo czasu na ogarnięcie włosów (dzieło Pani Anety i Asi ze Strefa Fryzur) i makijażu który notabene wykonałam sobie sama. Oczywiście im więcej czasu tym trudniej było się zebrać a w efekcie i tak wszystko robiłam na szybko. 

Cały czas towarzyszyło mi uczucie olbrzymiego zdenerwowania. Żołądek zwiną mi się w trąbkę i ze względu na olbrzymi upał cały czas było mi duszno. Czułam się dosłownie jakby ktoś podkradał mi powietrze.  Chodziłam więc i wdychałam. Po wizycie u fryzjera która zaplanowana była na godzinę 9 przyszedł czas na odebranie bukietów i butonierek. Były takie pięknie. Dokładnie takie jakie sobie wymarzyłam. Podstawą wszystkich kompozycji była skromna gipsówka z dodatkiem polnych kwiatów. 



Mój bukiet był bardzo ciężki i duży ale na tle śnieżno białej sukienki i mojej "oryginalnej" figury prezentował się perfekcyjnie. Dla świadkowej wybrałam mniejszy z gipsówki który świetnie pasował do jej przepięknej lazurowej sukienki i filigranowej figury. Butonierki również wykonane były z tego ślicznego kwiatu i prezentowały się bardzo dostojnie i elegancko.


Poduszka na obrączki to wytwór mojej mamy. Nigdzie nie mogłam znaleźć nic co by mnie usatysfakcjonowało i pasowało do ogólnego zamysłu. Mama stanęła na wysokości zadania i uszyła mi takie oto cudo. Perfumy które użyłam tego dnia to CK Eternity Moment które należą do moich ulubionych zapachów. Kolczyki zostały zakupione w salonie Łazur. Nie były bardzo drogie a myślę, że prezentowały się idealnie w połączeniu z fryzurą i suknią którą zobaczycie poniżej jeszcze nie jeden raz. 


Suknia została zakupiona w Atelier ślubnym Afrodyta w Rzeszowie na ul. 3 Maja, podobnie jak buty i welon. Polecam to miejsce bo Panie są naprawdę pomocne i nie wciskają na siłę swoich sukienek. 


Dla Jarka na ten dzień przewidzieliśmy muchę która musiała pasować do poszetki którą zakupiliśmy najpierw. Wiem.. to było głupie ale koniec końców udało nam się znaleźć to czego szukaliśmy. Nie pamiętam dokładnie w jakim salonie Galerii Rzeszowskiej ją kupiliśmy ale jest z firmy Collection Adam a spinki to wytwór marki Kael. Garnitur, poszetka, pasek i koszula są od firmy Pawo a buty zamówiliśmy na Asos.com. Meżuś prezentował się fantastycznie, prawda? 






Wracając do tematu sukni i tego co widzicie na załączonych obrazkach wiązania gorsetu to prawdziwa masakra. Całe szczęście Jarek spisał się na medal bo zrobił to całkiem sprawnie dzięki czemu nie świeciłam golizną w trakcie zabawy. (Uważam, że jeśli decydujemy się na gorset stanik jest nam zbędny i psuje cały zamierzony efekt bo zawsze gdzieś wyjdzie, albo zdeformuje całość...) 


Udało nam się po części zrealizować plan i ubieraliśmy siebie wzajemnie. Niestety w tym całym zamieszaniu nie zdążyliśmy się zająć naszym synkiem- całe szczęście rodzina okazała się pomocna i założyła mu piękny garnitur który zakupiliśmy na tę okazję w TkMaxx. Niestety nie wiem jak to się stało, że nikt nie uwiecznił tego na zdjęciu :(( !? Później oczywiście został przebrany bo upał dawał mocno w kość i trzeba było mu założyć coś luźniejszego. Jeśli chodzi o opiekę na czas trwania przyjęcia wynajęliśmy super opiekunkę. Zanim zdążyliśmy do niej podejść ona już przekabaciła Arona i świetnie się razem bawili. Kobieta skarb potrafiła zainteresować również dzieci i trzymała rękę na pulsie choć wcale ją o to nie prosiliśmy.



Jak patrzę na te wszystkie uśmiechnięte zdjęcia to nie dowierzam, że się "udały" bo towarzyszyło mi ogromne zdenerwowanie. Byłam wewnętrznym kłębkiem nerwów i zaznaczałam to przy każdej możliwej okazji wyżywając swą złość na innych. Głód źle na mnie wpływa robię się drażliwa do granic możliwości a tego dnia nie byłam w stanie wmusić w sobie nawet kęsa kromki chleba. 


Dekoracji kościoła, domu, wejścia do sali i sali nie będę omawiać jakoś szczególnie jedynie pokażę wam zdjęcia które na szybko udało się zrobić a całą resztę będziecie mogli podglądać w tle tego wpisu bo to właśnie one najlepiej oddadzą cały klimat. Nadmienię tylko, że do celów ozdobnych wynajęłam dekoratorkę którą znajdziecie na facebook'u pod nazwą Orchidea- Studio Projektów Ślubnych i to właśnie jej zawdzięczam całą robotę. Również bukiety i całą resztę o której pisałam wcześniej. 











Jestem bardzo zadowolona z efektu końcowego i tego jak to wszystko wyglądało. Kwiaty użyte do wykonania dekoracji były w 100%żywe a po całej imprezie zawieźliśmy je do naszych bliskich na cmentarz. Pozostała część powędrowała do rodziny i sąsiadów. Trzymały się bite dwa tygodnie pomimo upałów pod warunkiem, że były podlewane. 


Pod domem powitała nas zespół Magik Band wraz z drużbą weselnym Krzysztofem Górką który poprowadził śpiewająco błogosławieństwo, przywitał gości,sąsiadów i wprowadził nas do kościoła w którym odbywała się ceremonia.





Zabytkowe autko którym jechaliśmy do ślubu to Citroen 11b z 1949r. Zawsze marzyłam o tym by jechać nim do ślubu i ciesze się, że miałam możliwość to marzenie spełnić.  


Orkiestra narobiła takiego rumoru przed kościołem, że wszyscy ludzie mieszkający w pobliżu wyszli zobaczyć co się dzieje. Pośpiewali również dla nich, drużba wymyślił na poczekaniu kilka przyśpiewek pasujących do sytuacji i było bardzo wesoło. Stres troszkę się rozładował aby powrócić znów w progu świątyni ze zdwojoną siłą...


Kiedy tak szłam trzymając za rękę wtedy jeszcze mojego przyszłego męża myślałam, że umrę na zawał serca. Czułam się nieswojo bo wszyscy się na mnie patrzyli. W duchu modliłam się by nie potknąć się o własne nogi. Dłużyło się strasznie a w rzeczywistości trwało raptem kilka sekund. 


Moment przysięgi był bardzo wzruszający. Myślałam i analizowałam każde wypowiadane słowo. Nie wiedziałam wcześniej, że będę to aż tak przeżywać. Później poszło już z górki bo wiedziałam, że może być tylko lepiej i lepiej. Obrączki podawał mi mój brat z kuzynką. 







W restauracji mamy powitały nas chlebem i solą. Gdyby wierzyć w te zabobony rządzicielem i zołzą będę ja bowiem to mi dostała się sól i wódka oraz rozbity kieliszek.   


Byłabym nietaktowna gdybym nie wspomniała wam więcej o naszym zespole Magik Band i drużbie weselnym Krzysztofie Górka. Duet znakomity. Potrafią świetnie zabawić towarzystwo, wykonują oryginalne odgrywki śpiewając i wymyślając na bieżąco pasujące przyśpiewki dla każdego z gości. Nie obrażają, mają bowiem niesamowite wyczucie w tym co robią. Ludzie śmiali się w głos i nie zaznali nudy. Rozbawieni chętnie wychodzili na parkiet już od pierwszej piosenki świetnie się bawili.  








Oczywiście jak to bywa na weselu nie zabrakło osłodzenia gorzkiej wódki naszym gościom poprzez pocałunki. Moment z deka żenujący dla Młodej Pary ale jeden raz można było się poświęcić. Ludzie to uwielbiają :-) 


Obowiązkowym punktem każdego wesela jest pierwszy taniec. Nasz był nieco szokujący bo mieliśmy tańczyć do utworu Mesajah - Lepsza Połowa ale niestety piosenka nie chciała się otworzyć więc zespół zagrał nam coś innego. Byliśmy w takim szoku, że do dziś nie wiemy co to było. Wypieramy ten moment z naszych mózgów. 



Jakby tego było mało w trakcie tańca wypadła mi pięta z buta. Dobrze, że były zapinane wokół kostki bo jakoś to ogarnęłam choć było mi trochę niewygodnie... nie dałam po sobie poznać wpadki aczkolwiek bardzo chciałam by piosenka szybko się skończyła...


Dzikie pląsy i tańce towarzyszyły nam już do białego rana. Zabawa była wyborna. Nie mogłabym wyśnić sobie lepszej. Starałam sie wytańczyć wszystkich ale wiadomo, że najważniejszy był dla mnie mój MĄŻ. :))

 




Nie wspomniałam jeszcze jakie miejsce wybraliśmy na ten dzień. Zawsze marzył mi się namiot lub stodoła. Z racji, że w okolicy takowej stodoły nie było zdecydowałam się na namiot przy restauracji Artis w Moderówce. Miejsce wymarzone. Świetna obsługa, bardzo dobre jedzenie, ogród, miejsce przystosowane do przyjęcia gości i dzieci nawet tych najmniejszych. Olbrzymi plusem był plac zabaw który pozwolił rodzicom na odrobinę wytchnienia i zajęcie się sobą. Planując rozmieszczenie gości wszystkich rodziców posadziłam blisko przejścia by mogli spokojnie mieć oko na swoje pociechy bez potrzeby wychodzenia na zewnątrz. (ściany namiotu są przezroczyste) .



Aby umilić gościom całą imprezę zadbaliśmy o mini drink bar, słodki kącik, wiejskie jadło oraz cukierki dla najmłodszych. 



Hitem okazało się wielkie grillowanie które rozpoczęło się o 21 a skończyło przed północą. Szkoda, że nie byłam w stanie spróbować wszystkiego! 



Przepiękny tort który widzicie na zdjęciu to dzieło Pani Teresy z facebook'a Ciastkarnia Perełka. Stworzyła go na nasze specjalne zamówienie i świetnie wpasowała się w dekoracje którą sobie obmyśliliśmy. 


Punktem kulminacyjnym polskiego wesela są zawsze oczepiny. Nie wiem co się dzieje z pannami dzisiaj ale pamiętam, że kiedy byłam mała kuzynki "zabijały" się o welon a dziś każda przed nim ucieka. Why?!


Na koniec najbardziej wzruszający moment czyli podziękowania dla rodziców. Myślałam, że nie ogarnę tego emocjonalnie i popłynie mi fala po policzkach ale ostatecznie jakoś się powstrzymałam i nie uszkodziłam mejkapu choć było już bardzo blisko...


Jako, że jestem nieocenioną fanką zdjęć miałam ich całą masę. Pojedynczo, grupowo jak tylko sobie wymarzyłam. Były też mini sesyjki z gadżetami ale te pozostawię dla siebie i moich bliskich :))  




Mam szczerą nadzieję, że taka fotorelacja was usatysfakcjonowała. Jeśli macie jakieś pytania piszcie w komentarzach - chętnie odpowiem. 

P.S. ZDECYDOWANIE TO BYŁ MÓJ NAJDŁUŻSZY WPIS! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz



SZABLON BY: PANNA VEJJS.