Ubezpieczać czy nie ubezpieczać ? Oto jest pytanie...


Przeczytałam właśnie ciekawy wpis na jednym z maminych blogów dotyczący zabezpieczenia przyszłości dziecka poprzez wykupienie polisy na życie. Przyznam, że nie mam zbyt wielu osobistych doświadczeń z ubezpieczeniami ale historie, które przytrafiły się moim znajomym oraz te, o których wiem z mediów sprawiły, że sceptycznie podchodzę to tych tematów. „Przezorny zawsze ubezpieczony” – mówi stare przysłowie i pewnie jest to prawda a bogata oferta firm ubezpieczeniowych umożliwia wykupienie polisy obejmującej właściwie wszystko – nawet pupę lub nogi ;-). Trzeba jednak pamiętać, że opłacenie polisy nie oznacza automatycznej wypłaty odszkodowania w razie nieszczęścia. To zawsze jest kwestią interpretacji „działu likwidacji szkód”. Sypnę może kilkoma przykładami: kilkanaście dni temu głośno było w mediach o pewnym nieszczęsnym łosiu szwendającym się po Krakowie. Łoś jest raczej poczciwym zwierzęciem ale akurat wyrządził niemałą szkodę – przebiegł po samochodzie stojącego w korku małżeństwa. Szkody w postaci wgniecionej maski i rozbitej szyby nie uznała firma ubezpieczeniowa, która odmówiła wypłaty odszkodowania pomimo wykupionej polisy AC. Kolejny przykład: dwa lata temu nasz kolega uległ wypadkowi samochodowemu. Wina leżała bezsprzecznie po stronie kierowcy drugiego auta. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji wypłata odszkodowania była formalnością. Nic bardziej mylnego! Gdyby nie pomoc znajomej pracującej w firmie zajmującej się uzyskiwaniem odszkodowań powypadkowych http://www.kompensja.pl/, nasz kolega otrzymałby o połowę mniej pieniędzy nie wspominając o gehennie jaką musiałby przejść przy załatwianiu formalności. A propos… czy istnienie firm „załatwiających” odszkodowania nie jest najlepszym dowodem na to, że wykupienie nawet najdroższej polisy niczego nie gwarantuje? Pamiętam, że przed narodzinami Aronka mój facet proponował mi, że dołączy do ubezpieczeń grupowych w jego pracy – obejmowały one m.in. ubezpieczenie na okoliczność urodzenia dziecka. Pomysł został zarzucony bo cyt.: „nie no co Ty… dziecko? My i dziecko… buahahhaha”. Zresztą okres karencji w tym przypadku i tak wynosił 12 miesięcy więc i tak byśmy się nie załapali. Swoją drogą – jeżeli ubezpieczamy się od czegoś w domyśle niespodziewanego to jak można stosować coś takiego jak karencja? Chyba jednak nie zmienię swojego podejścia do tematu ubezpieczeń. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz



SZABLON BY: PANNA VEJJS.